Poniższy obrazek wyjaśnia sytuację (dotyczy USA, ale sądzę, że w Europie jest podobnie). Jakby to inaczej ująć, każdy wegetarianin płacący podatki dopłaca do big maców i innego mięsa.
Dlaczego ja mam dopłacać do obiadów innych ludzi?
Poniższy obrazek wyjaśnia sytuację (dotyczy USA, ale sądzę, że w Europie jest podobnie). Jakby to inaczej ująć, każdy wegetarianin płacący podatki dopłaca do big maców i innego mięsa.
Dlaczego ja mam dopłacać do obiadów innych ludzi?
Być może wyda się to dziwne, ale to co by nie mówić od kilku dni znów biegam. Moje biegówki (nie narty) wróciły do łask. Kontuzja przestaje dawać znać o sobie, pogoda póki co bardzo sprzyja takim truchtowym spacerkom, ładne rejony dookoła. Szkoda pyzieć, trzeba biegać.
Kilkaset metrów wśród bloków mieszkalnych, potem żwirowa aleja i domki jednorodzinne. Jeszcze chwila i zaczyna piękna zielona łąka, porośnięta tu i ówdzie zielonymi, młodymi dębami. Wysoka trawa, duża przestrzeń, świeże powietrze i cisza. Czasem jakaś sarna wybiegnie spod nóg. Dalej wałem, koło starorzecza i pośród dojrzałych dębów. Dębów, które o pewnych porach roku stoją, majestatycznie, czekając aż ich korzenie znów wynurzą się spod wody. Cierpliwie, od lat, przeżywają to samo.
Biegać w takich miejscach to przyjemność. Kilka przyczyn tej przyjemności naliczyć można. Po pierwsze, świeże powietrze, naoddychać się można. Widoki też potrafią zauroczyć. Czyż nie przyjemnie jest gonić zachodzące Słońce. Najważniejsza chyba przyjemność z biegania to energia i świeży umysł. Kawy pić nie trzeba. Pięć kilometrów to jak trzy kawy, tylko dużo lepsze, bo kupować nie trzeba.

Zachód Słońca nad rzeką
Odra jest największą rzeką przepływającą przez Wrocław. Nad jednym z kanałów Odry moi Znajomi zakupili sobie ogródek działkowy. Piękna okolica, porośnięta dużą ilością zieleni w sam raz nadaje się na niedzielny wypoczynek. Zaraz za ogrodzeniem porośniętym różnego rodzaju roślinami i krzakami przebiega kanał przeciwpowodziowy. W okolicy nie ma żadnej większej drogi publicznej, nie jeżdżą samochody.
Zostałem dziś zaproszony na grilla na owym ogródku działkowym, gdzie spędziłem w gronie znajomych parę miłych chwili. Pogadaliśmy trochę, poleżeliśmy na trawniku. Miałem okazję spróbować dwóch nowych potraw z grilla. Jako, że jestem wegetarianinem nie spożywałem typowych podczas takiej imprezy potraw lecz przyrządziłem sobie takie, których jeszcze nie próbowałem. Pierwszą potrawą, której spróbowałem był ser camembert posypany bazylią, tymiankiem oraz oregano zerwanymi prosto z działki. Ser podgrzany, krótko na grillu, przeniknięty odrobinę aromatem przypraw smakował wybornie. Kolejnym daniem była cukinia moczona w oliwie z oliwek z przyprawami, doprawiona tymi samymi roślinami, pieczona na grillu. Po kilkunastominutowym pieczeniu kawałki cukinii nabrały odpowiedniej miękkości i nadawały się do degustacji. Były całkiem smaczne, szczególnie z chlebem. Do pełnego smaku brakowało jednak odrobinkę bardziej pikantnych przypraw. Odrobina papryki oraz pieprzu nadałyby zapewne nieco pełniejszego smaku.
Narzekać jednak nie narzekałem.
Czasami mam ochotę poeksperymentować sobie z jedzeniem. Nie jestem szczególnie zapalonym kucharzem, ale lubię zjeść sobie coś szczególnie smacznego. Mój problem polega na tym, że nie mam nigdy ochoty na eksperymentowanie ze zbyt dużą ilością potraw i składników. Lubię potrawy proste i łatwe w przygotowaniu. Z resztą takie właśnie są najzdrowsze.
Zaczęło się od makaronu. Szukałem kiedyś w sieci przepisu na coś ze szpinakiem i znalazłem przepis na makaron ze szpinakiem i serem feta. Nie jestem jednak pasjonatem makaronów i po kilku próbach zrezygnowałem z makaronu. Często jadłem kaszę gryczaną z tartą marchewką. Pomyślałem więc, czemu nie kasza zamiast makaronu. I to był strzał w dziesiątkę …
Kasza gryczana ma słodkawy, łagodny smak. Jest zupełnie niesłona, jak chyba większość niesolonych potraw. Postanowiłem wykorzystać zaletę kaszy jaką jest łatwość i szybkość gotowania. Najlepsza kasza gryczana jaką jadłem była produkcji litewskiej. Niestety jeszcze nie dostałem jej w Polsce. Można użyć dowolnej innej byle nie takiej z woreczków, bo smakuje jak wyjęta psu z gardła, ale niektórzy taką lubią. Ich sprawa. Ser feta – drugi podstawowy składnik – ja kupuję ser feta z Mlekovity. Z powodów biurwokratycznych nie sprzedają go jednak pod tą nazwą, ale pod nazwą Salatos czy jakoś tak. Najlepszy jest ten niebieski, ma dobrą do tej potrawy konsystencję – odrobinę ciapkowatą i z tego powodu bardzo fajnie rozprowadza się po ciepłej kaszy. Szpinak – składnik numer trzy. Kupuję mrożony choć pewnie świeży byłby lepszy, no ale nie cały rok jest sezon na szpinak.
Kaszę gotuję tak by się za bardzo nie rozgotowała. Najlepiej po ugotowaniu odstawić ją na trochę, aby odparowała resztka wody. Nie należy jej solić, w serze jest tyle soli, że potrawa i tak może wydawać się odrobinę za słona. Szpinak przygotowuję na patelni. Wkładam cały zmrożony kawał i na wolnym ogniu roztapiam, następnie kiedy zaczyna wesoło bulgotać dodaję odrobinę granulowanego czosnku. Nie za dużo aby zachować świeży oddech po posiłku. Należy podgrzewać szpinak dotąd, aż nie będzie w nim widocznej wody. Taki rozwodniony psuje smak i konsystencję posiłku. Lepiej za gęsty, niż za rzadki.
Ser feta kroimy w małą kostkę. Nie jest to proste ze względu na jego ciapkowatość, ale wykonalne.
Kiedy już wszytko jest przygotowane nakładam kaszę na talerz. Rozprowadzam po talerzu równomiernie. Na kaszę równomiernie nakładam szpinak, delikatnie rozprowadzając go na kaszy. Na samym końcu wszystko równomiernie pokrywam pokrojonym w kostkę serem.
Całość przy odrobinie staranności prezentuje się całkiem estetycznie. Ciemny, zielony kolor, a na nim śnieżnobiała kostka. Mankamentem takiego układu jest to, że tak przyrządzona potrawa nie daje pełni swoich smakowych zalet. Biorę widelec i bełtam to wszystko aby wszystko dokładnie się zmieszało i uzyskało jednolitą konsystencję. Nasze jedzenie traci wtedy swój urok, ale zyskuje na smaku. Wszystko bardzo ładnie się komponuje. Kasza łagodzi ostry smak sera feta, a szpinak przyprawiony czosnkiem dodaje odrobinę aromatu i także pochłania odrobinę soli z sera.
Tak przygotowany posiłek zjadam z wielkim smakiem. Dodatkowo ma on tę zaletę, że zawiera składniki dobrze dobrane pod względem odżywczym i jest stosunkowo mało przetworzony.
Palce lizać.
Ostatnio, zupełnie przez przypadek, przeglądałem Newsweeka i trafiłem na na dosyć interesujący artykuł pod tytułem “Przepis na rodzinną kłótnię”. Artykuł dotyczy USA i jednego z najważniejszych świąt w tym państwie – Święta Dziękczynienia. W sumie niby nic interesującego, bo to tylko USA, lecz tekst mnie zainteresował ponieważ opisuje pewne zjawisko w Stanach dotyczące wegetarian. A o co tak właściwie chodzi?
Cała sprawa jest spowodowana indykiem. Przyrządzany na jakiś tam sposób indyk jest głęboko zakorzenioną w tradycji Dnia Dziękczynienia potrawą. Tak głęboko, że praktycznie, żadna amerykańska rodzina nie wyobraża sobie świętowania bez pieczonego indyka. Wszystko było by w porządku, gdyby nie rosnąca ilość wegetarian USA. Według badań prowadzonych przez Vegetarian Resource Group ich liczba wynosi ok 4,7 miliona i podwoiła się w przeciągu ostatnich dziesięciu lat.
Jednostki bezmięsne stają przed irytującymi dylematami typu – siedzieć przy stole wraz z innymi, być w niezręcznej sytuacji i nic nie jeść bo stół jest suto zastawiony wszelkiego rodzaju indykiem, albo zwracać na siebie uwagę jako osoba wymagająca “specjalnego traktowania” i narażać się na wiele pytań dotyczących o nasz sposób jedzenia i przyczynę niejedzenia indyka. Ze względu na bardzo sztywny jadłospis w Święto Dziękczynienia jest to jedyny dzień, który przypomina wegetarianom w Stanach, że są w znaczącej mniejszości. W niektórych, zapewne dosyć konserwatywnych kręgach unikanie indyka może być odbierane jako zachowanie bardzo niepatriotyczne.
Wielu ludzi musi jednak pogodzić swoje odmienne upodobania żywieniowe ze starymi, wielopokoleniowymi tradycjami kulinarnymi. Nie jest to łatwe, ale jednak może się udawać. Osobiście kilka razy znalazłem się dosyć trudnej sytuacji, np.: na weselu gdzie tradycyjnym daniem jest typowo mięsne danie jak rosół, a potem innego rodzaju mięsne “smakołyki”. Moja rada jest taka, aby nie tolerować sytuacji, w której czujemy się zakłopotani lecz uprzejmie i dyskretnie poinformować obsługę imprezy o naszych gustach i poprosić o posiłek, który wpasuje się w ramy wegetariańskiej diety. Zachowanie jest o tyle korzystne, iż jest bardzo prawdopodobne, że zamiast jedzenia tego co wszyscy i zostawiania niezjedzonego mięsa możemy otrzymać bardzo smaczne i oryginalne potrawy. Oryginalne raczej w zasięgu lokalnym, czyli samej imprezy, ale smaczne i bezmięsne.
Trudniejsza sprawa jest, kiedy jesteśmy u rodziny lub znajomych, którzy dużo się starali aby przygotować posiłki, których niestety nie możemy zjeść. Niestety, w tym wypadku należy w miarę możliwości wcześniej zaznajomić naszych przyszłych gospodarzy, że jesteśmy “bezmięsni” lub jeśli nie ma takiej możliwości to po prostu powiedzieć to przed posiłkiem. My wegetarianie mamy całkowite prawo nie jeść mięsa i sądzę, że nikogo rozsądnego nie urazimy naszymi preferencjami.
Aczkolwiek należy pamiętać o jednym, o konsekwencji w stosowaniu wegetariańskiej diety. Słyszałem kiedyś o parze “wegetarian”, który przyszli na imprezę. Kiedy dostali do zjedzenia zupę i jedno zobaczyło kiełbasę w talerzu to powiedziało drugiemu: – “Ej, w tej zupie jest kiełbasa … Aaa, trudno!” i przystąpili do konsumpcji …
Jestem mile zaskoczony, że w czasopismach o zasięgu międzynarodowym opisuje się problemy z jakimi spotykają się wegetarianie. Moim zdaniem jest pożądane, aby ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że inni ludzie odżywiają się inaczej. Ważne jest, żeby istniała w świadomości ludzi informacja, że zawsze mogą spotkać kogoś, kto mięsa po prostu nie je… I bynajmniej nie jest to spowodowane antypaństwową postawą … hyhy