Wrzesień 2009

O łóżkach, materacach i twardym podłożu…

Wiadomym jest od dawna, że ludzie lubią wygody. Dobre żarcie, ciepłe mieszkania, samochody z klimatyzacją i wiele innych zbytków. Nieodłączna część naszej cywilizacji – dobra luksusowe otaczając nas z każdej strony odcinają naszą ludzką świadomość od rzeczywistości. Kiedyś, dawno temu było inaczej. Mam na myśli bardzo dawno temu, kiedy ludzie zamieszkiwali wieloosobowe apartamenty utworzone na skutek ruchów górotwórczych lub powszechnie znanych procesów erozji.

Zamieszkiwanie w jaskiniach miało jedną zaletę. Ludzie nie bali się deszczu, wiatru i czuli się w miarę bezpiecznie. Nie było im wygodnie, nie opływali w luksusy, ale twardo stąpali po ziemi. Mieli z nią bezpośredni kontakt, potrafili czuć i słuchać. Wiedzieli co w trawie piszczy. Tak sądzę, bo wtedy po Ziemi stąpali moi dalecy przodkowie. Może się mylę, trudno rzec, tak głęboka retrospekcja jest dla mnie nieosiągalna, ale domyślać się mogę. Parę filmów dokumentalnych obejrzałem.

Swoich najmłodszych lat nie pamiętam, ale im później tym więcej. Na początku sypiałem w łóżku, och tak było bardzo miękko i dosyć wysoko nad podłożem. Nie można powiedzieć, łóżko jest dobrym wynalazkiem. Ma ono jednak jedną zasadniczą wadę, aby dotknąć podłoża trzeba wyciągnąć rękę. Daje to możliwość jako takiego poczucia realnego podłoża. Ale kto tak robi…? Potem łóżko zmieniłem na miękki, gąbkowy materac. Z niego perspektywa rysowała się inaczej. Podłoże było nisko, ręce często na nim spoczywały. Hmmm, ale co za niewygoda. Często po nocy bolały mnie plecy, w krzyżu. Na długą metę nie da się tak pociągnąć, oj nie. Zmieniłem materac na taki treningowy – płaski i dosyć twardy. Nisko, prawie na podłodze można czuć się komfortowo. Proste plecy, twardo, ale nie do przesady, siedzenie nie zapada się, czuć ascetyzmem. Niestety los chciał, że musiałem ten materac w zeszłym tygodniu oddać. Dziś moja kolejna noc praktycznie na podłodze, bez łóżka, bez materaca, prawie na deskach. Wygody nie ma, żadnych luksusów, ale jest dobry “kontakt z Ziemią”. Od razu czuć, że się żyje. Coś drętwieje, tu ugniata, tam naciska. To natura obdarzyła człowieka milionami końcówek nerwowych i istotą szarą, żeby czuć i reagować. Na początku jest trudno, ale przywyknąć na pewno się da. Wniosek sam nasuwa się prosty i oczywisty, jak coś drętwieje to masaż nie wystarczy, bo za chwilę znów zdrętwieje, więc na drugi bok obrócić się trzeba. Z czasem odnajdzie się tę optymalną do snu pozycję.

Tak sobie dumam… Twardo, ale zdrowo.

Kuchenne światła i cienie.

Burzowy post – kilka fotek

Nie pij kawy, biegaj …

Być może wyda się to dziwne, ale to co by nie mówić od kilku dni znów biegam. Moje biegówki (nie narty) wróciły do łask. Kontuzja przestaje dawać znać o sobie, pogoda póki co bardzo sprzyja takim truchtowym spacerkom, ładne rejony dookoła. Szkoda pyzieć, trzeba biegać.

Kilkaset metrów wśród bloków mieszkalnych, potem żwirowa aleja i domki jednorodzinne. Jeszcze chwila i zaczyna piękna zielona łąka, porośnięta tu i ówdzie zielonymi, młodymi dębami. Wysoka trawa, duża przestrzeń, świeże powietrze i cisza. Czasem jakaś sarna wybiegnie spod nóg. Dalej wałem, koło starorzecza i pośród dojrzałych dębów. Dębów, które o pewnych porach roku stoją, majestatycznie, czekając aż ich korzenie znów wynurzą się spod wody. Cierpliwie, od lat, przeżywają to samo.

Biegać w takich miejscach to przyjemność. Kilka przyczyn tej przyjemności naliczyć można. Po pierwsze, świeże powietrze, naoddychać się można. Widoki też potrafią zauroczyć. Czyż nie przyjemnie jest gonić zachodzące Słońce. Najważniejsza chyba przyjemność z biegania to energia i świeży umysł. Kawy pić nie trzeba. Pięć kilometrów to jak trzy kawy, tylko dużo lepsze, bo kupować nie trzeba.

Zachód Słońca nad rzeką

Zachód Słońca nad rzeką